Film Wielki Liberace oglądałam dwa razy. Najpierw w oryginale na stronach internetowych a potem w kinie z polskimi napisami. To fenomenalny film, robi wrażenia na każdym. Wspaniała gra aktorów, cudowna muzyka, światła, scenografia, kostiumy (absolutnie żaden kicz, takie były realia Las Vegas)… W sumie to dokument prawdziwie pokazany, co potwierdzają filmy na YouTube z samym Liberace.

Początkowo ludzie na projekcji filmu śmieją się, potem jest grobowa cisza a na końcu „słychać” jak wycierają nosy…To bajeczny film i ważne jest, że między Skotem i Lee było prawdziwe uczucie, szkoda tylko, że się tak skończyło… Myślę, że to przez narkotyki i „cudownego” doktorka, który nimi odchudzał swoich pacjentów (co jest zaznaczone w materiałach źródłowych)…

Douglas przeszedł samego siebie, stworzył tak wielką kreację, jaką kiedyś stworzyła Greta Garbo w Damie Kameliowej. Po prostu w niektórych scenach był boski, jak prawdziwy Władziu.

Przeszkadza mi jedno, tytuł „Wielki Liberache”… Reżyser w filmie w ogóle nie pokazał na czym polegała wielkość Liberace. Gdyby dał tytuł sugerujący pokazanie epizodu z życia genialnego pianisty (taki sam jak w książce Scotta Thorsona) było by ok.

A tak ktoś, kto nie wie kim był Liberace, bo nie interesuje się muzyką, pomyśli, że promuje się homoseksualizm i satyra napalonego na młodych blondynów. Po drugie, w tamtych czasach, w niektórych stanach Ameryki homoseksualizm był przestępstwem i za to szło się za kratki. Wiec Liberace żył w strachu, ukrywał swoją orientację seksualną, a nawet wytaczał procesy sądowe o zniesławienia i co ciekawe – wygrywał je wraz z potężnym odszkodowaniem. Otaczał się kobietami, miał swoje „parawany”, nie ujawniał pod żadnym pozorem swoich skłonności. A tak naprawdę był to ciepły, gościnny człowiek, przyjaciołom kupował domy, kochał zwierzęta, fundował stypendia młodym adeptom fortepianu (do dziś jest przyznawane Stypendium Liberace wspierające młodych artystów). Nie wiem, czy sam artysta byłby zachwycony, że ktoś pokazał to, z czym krył się tak bardzo. Ale gdyby reżyser nie zrobił takiego filmy, nie powstałoby arcydzieło kinematografii, tak porażające i zachwycające zarazem.

Przyznam, że celowo obejrzałam polski film o podobnej tematyce „Płynące wieżowce”. Film ten, przy Wielkim Liberace, to gniot. W „Płynących wieżowcach” irytują dialogi nafaszerowane prostackimi słowami i ubogi, szary plan z pospolitą akcją. Ale wracając do Wielkiego Liberace sama już nie wiem, co lepsze, stworzenie szokującego dzieła, czy pokazanie schematycznego i poprawnego dokumentu o życiu pianisty wszechczasów..

1 Komentarz. Zostaw komentarz

  • Gratuluje recenzji!
    Cieszy bardzo fakt, ze mozna jeszcze przeczytac taka lekka, a jednoczesnie profesjonalna recenzje.Duza klasa.Dziekuje.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres e-mail.

4 + dwa =

Menu