Grudniowe wspomnienia

Grudzień, rok 2011, pogoda iście wiosenna. Jesteśmy w Polsce, w Unii Europejskiej. Jemy genetycznie modyfikowaną żywność i żyjemy w kolorowym świecie. Ludzie nie przejmują się, że wraca stare, że do dziś nie zostały wyjaśnione wielkie tragedie narodowe. Ważne jest to, że święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Jednak czas przygotowania się do nich z roku na rok wydłuża się coraz bardziej. Jak tylko znikną znicze na święto zmarłych, natychmiast ich miejsce zajmą ozdoby świąteczne. W centrach handlowych na okrągło słychać melodie takich kolęd jak Jingle Bells czy White Christmas a ludzie biegają w emocjach w poszukiwaniu towarów.

Najbardziej zdziwione są dynie, których nie zdążono sprzedać w Halloween. Daleko jeszcze do połowy listopada, a już gorączka zakupów nasila się z godziny na godzinę. Ozdób, sztucznych choinek, lampek w wymyślnych kształtach i kolorach przybywa coraz bardziej i to w ogromnych ilościach, głównie z Chin. Ulice, domy, centra handlowe, banki i inne urzędy faktycznie urzekają swoim świątecznym wystrojem. Bogate dekoracje podświadome pokazują, że my też możemy przystroić swoje domy, kupić dużo prezentów, zrobić wspaniałe, niezapomniane Boże Narodzenie a wszystko to dzięki kredytom na telefon, jeśli ktoś ma pusty portfel. Nikt nie myśli w takiej chwili, że każdy kredyt trzeba spłacić podwójnie i zadłuża się coraz bardziej.

Szał ogarnia stopniowo wszystkich dorosłych i dzieci, które szukają reklamowanych wcześniej w mediach modnych zabawek z reguły po wygórowanych cenach. Okres przedświąteczny wydłużono w ostatnich latach prawie do dwóch miesięcy. I może dobrze, niech ludzie mają Boże Narodzenie jak najdłużej, nawet i trzy miesiące. To czas, kiedy zapomina się o troskach. Ludzie cieszą się, że wydali całe pensje na święta i jeszcze bardziej cieszą się właściciele sieci marketów, że wreszcie mają utarg, który pomoże im przetrwać do następnego Bożego Narodzenia. Ludzie składają sobie nawzajem życzenia i wszyscy są szczęśliwi. Większość ulega magii świąt i nie chce rozpamiętywać co stało się 13 grudnia trzydzieści lat temu czy 10 kwietnia, 2010 roku.

Świadomość ludzka sama wymazuje złe wspomnienia.

W stanie wojennym był tylko ocet na półkach i kartki. Straszne były tamte jaruzelskie wigilie, a najgorsze były chyba dla rodzin internowanych i zabitych. Dziś ludzie wiedzą, że mogą kupić wszystko, bo wszystko jest dostępne. Kwestia tylko czy mają na to pieniądze i czy są w stanie je zdobyć.

Grudzień, rok 1952. Nie wiem, czy w bierutowskiej Polsce, okupowanej przez Sowietów padał wtedy śnieg, czy może był mróz. Warszawa, choć odbudowywana kosztem całego narodu, była smutna i szara, strasząca wieloma ruinami, których mury pamiętały jeszcze świetność naszego kraju. Choć od roku 1945 szalał terror stalinowski, który pochłonął w sumie 1.8 miliona Polaków, to święta Bożego Narodzenia AD 1992, tak jak i teraz, zbliżały się wielkimi krokami. Krwawy dyktator Związku Radzieckiego Józef Stalin miał umrzeć dopiero za kilka miesięcy, a dokładnie 5 marca 1953 roku na udar. W Polsce sprawował rządy agent NKWD, Bolesław Bierut. Na niego czas miał przyjść 12 marca 1956 roku. To wystarczająco długi okres, żeby zapełnić więzienia setkami tysięcy niewinnych ludzi, których zabijano w czasie przesłuchań w katowniach mokotowskich na Rakowieckiej, w więzieniu UB w Miedzeszynie, w Obozie NKWD w Rembertowie i na Służewcu przy ulicy Kłobuckiej a nocą potajemnie grzebano.

W grudniu 1992 roku, w Londynie umarło od smogu 16 tysięcy ludzi. Panika ogarnęła wtedy cały świat. Ludzie czekali na listy od rodzin. Do Londynu wyjechało po wojnie dużo Polaków. Moi bliscy też czekali na wieści od dalszej rodziny. W całe Boże Narodzenie 1952 Anglia grzebała zmarłych. Ta atmosfera strachu i żałoby udzielała się wszystkim.

W Warszawie tylko latarnie oświetlały słabo ciemne ulice, nie było żadnych dekoracji świątecznych.. Pojedyncze lampki choinkowe, gdzieś dyskretnie i ze strachem umieszczone w witrynach sklepowych świeciły tak, że ich prawie ich nie było widać. Jeszcze wtedy nie było stoisk z bombkami i łańcuchami wystawianymi na ulicy. Dopiero za Gierka trochę poprawiło się. Za to w Centralnym Domu Dziecka, który mieścił się dawnej galerii handlowej Braci Jabłkowskich na Brackiej 25 a ja mieszkałam pod numerem 18, była ekspozycja kolejki elektrycznej dla dzieci. Kolejka kończyła swoją trasę w Radości. Dzieci, a szczególnie chłopcy, godzinami śledzili jej trasę. Ja osobiście nie lubiłam tego pociągu, bo nie dojeżdżał do Świdra.

Wolałam lalki. Lalek w  tamtych czasach  też było mało. U Braci Jabłkowskich były przepiękne lalki z prawdziwymi włosami i zamykanymi oczyma. Ale o takiej nie było co marzyć.  Porcelanową lalkę, ktoś mi potem podarował, ale bez nóg. Dziś byłaby cenna, bo to lalka jeszcze sprzed wojny. Pamiętam, że zamiast nóg, mama uszyła jej długą krakowską spódnicę i ubrała w krakowski strój, bo bardzo mi się wtedy  podobał.

Jedyną całą lalkę, którą miałam, to dużego nagusa Kikę. Ach, jak ją kochałam. Nawet zdjęcia z Kiką zostały mi na pamiątkę do dziś.

Dla każdego dziecka Boże Narodzenie to czas szczególny. Jako dziecko nie miałam pojęcia co dzieje się wokół. Dla mnie  liczyła się tylko choinka do sufitu, sanki, śnieg i  prezenty. Wierzyłam bardzo w świętego Mikołaja. Kiedy w przedszkolu uniwersyteckim na Krakowskim Przedmieściu, do którego zapisał mnie ojciec, powiedzieli mi, że Świętego Mikołaja  nie ma, tylko jest  Dziadek Mróz, to nie chciałam tam więcej chodzić. Pamiętam, że zabrali mi też mój ulubiony ciepły, biały kocyk i dali szary taki sam, jak miały wszystkie dzieci. Byłam  tak zrozpaczona, że rodzice zmuszeni byli  odebrać  mnie z tego przedszkola  i oddać pięciolatkę pod wymienną opiekę do obu babć, które mieszkały dość blisko siebie, na Tamce 45 i Kopernika 32..

To były bajkowe lata. Robiłam co chciałam. Wolałam być z babciami niż w domu. U babci tej z Kopernika była wysoka choinka do sufitu. Zawsze zielona, prosto z lasu, pachnąca tak pięknie, że do dziś pamiętam jej zapach.  Na szczycie babcinej choinki zamiast gwiazdy był anioł, ubrany na biało z ogromnymi skrzydłami. Miał piękną buzię i długie jasne włosy.  Babcia ubierała choinkę na biało i srebrno. Była też na niej wata i srebrne anielskie włosy. Świeczki  były też białe, zapalali je na wigilię i słuchali kolęd z płyt gramofonowych. Raz choinka przy wigilijnym stole zapaliła się, ale szybko została ugaszona. Wigilię, jak pamiętam  spędzałam kolejno w różnych domach, U jednej babci, u drugiej  a na koniec u siebie w domu. Pod choinką były zawsze prezenty, pewnie skromne, bo i czasy były ciężkie. Ale wszyscy byli obdarowani, nawet moja jamniczka Aba znalazła pod drzewkiem pięknie opakowaną dorodną kość.

Pod choinkę dostawałam kilka lat  z rzędu  starą – nową lalkę. Na tydzień przed Bożym Narodzeniem, moja ulubiona lalka znikała. Bardzo za nią wtedy tęskniłam, nic innego nie chciałam, tylko to, żeby moja Kika wróciła. I wracała. Odnowiona, cała pomalowana, w nowej sukience i bucikach zrobionych na szydełku. Byłam wtedy najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Rozumiem teraz czego uczyli mnie  rodzice. Sami byli wykształceni i chcieli przekazać swojemu dziecku największe wartości.

Mama starała się, żeby choinka w naszym domu nie była każdego roku taka sama. Raz była słodka, raz kolorowa a innym razem ubrana na ludowo. Większość ozdób robiłyśmy z mamą, ciotkami i babcią same.  Przygotowania do świąt musiałyśmy zacząć  nieco wcześniej. Robiłyśmy wydmuszki, pawie oczka, kolorowe, papierowe łańcuchy i krasnoludki. Bardzo łatwo robiło się krasnoludki. Najpierw z miedzianych, miękkich i cieniutkich drucików nadawało się kształt figurce krasnoludka. Potem okręcało się ten szkielecik paseczkami krepiny, białymi i następnie  czerwonymi, pogrubiało brzuszki wsadzając w nie  watę. Tnąc krepinę na długie paseczki mieliśmy czym owijać krasnoludki.

Buźki wypychało się zgniecioną  papierową kulką i okręcało kawałkami materiału z pociętych chusteczek do nosa. Tylko na nich dobrze malowało się tuszem oczka, usta i  przyklejało bibułkowe czerwone czapeczki i brody. Włosy, broda były z waty a buciki z plasteliny, Krasnoludek mógł jeździć na łyżwach na ślizgawce, którą było położone lusterko. Łyżwy były malutkie, wycięte z tekturki. Dobre do takich wycinanek było pudełko od zapałek. Zapałki  były też kijkami do nart. Bo i na nartach krasnoludki zjeżdżały z górki obsypanej watą. Łyżwy i narty wciskało się w plastelinowe buciki. Sanki były też z zapałek, klejone lub wiązane drucikami.  Domek dla krasnoludków był z większego pudełka, w którym było nawet latarkowe światło. Z pudełeczek od zapałek kleiłyśmy krasnoludkom stół, krzesełka. Mebelki były potem pięknie oklejone materiałem.

Nigdy nie  doczekałam się, żeby  swoim własnym wnukom przekazać tajemnicę zbudowania krasnoludkowego, zimowego  miasteczka.  Nie były tym zainteresowane. Wolały oglądać filmy i nigdy nie było na to czasu. Artystką  od takich miasteczek pokrytych leśnym mchem była moja babcia z Kopernika a Babcia z Tamki robiła najlepsze na świecie wypieki. Szkoda, że tradycja robienia samodzielnych ozdób choinkowych  zniknęła z polskich domów. Wielka szkoda, bo to daje dzieciom szanse na własną twórczość i  prawdziwą radość, większą niż bieganie po sklepach i kupowanie gotowych produktów. To one przecież ze świąt Bożego Narodzenia,  Mikołaja,  prezentów i choinki cieszą  się najbardziej.

Często ludzie pytają mnie skąd biorę pomysły do swoich bajek, książek i opowiadań. A ja im odpowiadam, że z dzieciństwa, najpiękniejszego okresu w życiu każdego z nas. Minęło tyle lat a ja pamiętam wszystko o moich choinkach, krasnoludkach i lalkach.Wspomnienia te stały  inspiracją do powstania Teatru Marzeń, gdzie napisałam też o Srebrnym Świerku, który przyjechał prosto z lasu i od razu dzieci ubrały go jak księcia. Ubrały go tak, jak moja babcia ubierała swoją choinkę: w srebrne łańcuchy, bombki i gwiazdeczki. Piękny srebrny Świerk postanowił  znaleźć sobie odpowiednią narzeczoną. Narzeczonymi były kolejno: Złota Jodła wystrojona w złote bombki, łańcuchy i kokardki, Kolorowa Choinka wystrojona jak wróżka z bajki w kolorowe bombki, łańcuchy, pawie oczka, wydmuszki i czerwone krasnoludki i Słodka Choinka która przyniosła w darze rajskie jabłuszka, orzechy, pierniki, cukierki i czekoladowe aniołki. Moje choinki mnożyły się i każdego roku przybywała kolejna. Wszystkie opowiadały o tym, jakże będą piękne w  Wigilię, kiedy zapalą na nich światełka i zimne ognie. Ale Srebrny Świerk  chciał tylko ożenić się z .taką zwykłą, zieloną choinką, pachnącą lasem. Taką, pod którą zajączek zasypia i śnieg otula ją białym puchem.

Dziś można kupić choinkę i ubrać ją,  jak  tylko się chce, nawet ufoludkami, samochodzikami, w kolorach tęczy, oświetlić, podświetlić, zawiesić grające zabawki. Można kupić też gotową, ubraną przez stylistów. Najwięcej wzruszają jednak takie prawdziwe, na których wisi choć jedna wydmuszka i zawieszony jest łańcuch zrobiony dziecięcą ręką.

Zastanawiam się jakie będą następne święta i jakie wigilie. Może warto powrócić do dawnych zwyczajów i zachęcić dzieci, żeby zaczęły  tworzyć swój własny Świat Kolorowych Choinek.

Leave a Comment

*Required fields Please validate the required fields

*

*

1 × five =

 
© 2010 - 2017 Lidia Bajkowska - Wszystie prawa zastrzeżone / All Rights Reserved